karalajn

Articles

RSS
  • '11.

    23 déc. 2011, 19h30m

    20. The Raveonettes - Raven In The Grave.



    19. The Kills - Blood Pressures.



    18. Wild Beasts - Smother.



    17. Florence&The Machine - Ceremonials.



    16. White Lies - Ritual.



    15. Bon Iver - Bon Iver.



    14. M83 - Hurry Up, We're Dreaming.



    13. Little Dragon - Ritual Union.

    [

    12. The Vaccines - What Did You Expect From The Vaccines.



    11. Radiohead - King Of Limbs.



    10. Lykke Li - Wounded Rhymes.



    9. Drake - Take Care.



    8. Frank Ocean - Nostalgia Ultra.



    7. Chase&Status - No More Idols.



    6. Metronomy - English Riviera.



    5. Katy B - On A Mission.



    4. The Weeknd - Echoes Of Silence.



    3. Austra - Feel It Break.



    2. Jamie Woon - Mirrorwriting.



    1. The Weeknd - House Of Balloons.

  • summertime '11.

    22 août 2011, 19h35m

    lato pod znakiem alter artu. słoneczne, ciepłe, ale też pełne wyrzeczeń.

    1. Hercules And Love Affair@Burn Selector Festival. Największe zaskoczenie tego roku. Koncert na którym w ogóle miało mnie nie być, ale pierwsze jego dźwięki zasłyszane w kolejce po colę zmieniły wszystko. Trójka freaków na scenie, dyskotekowe brzmienie, nieschodzący uśmiech z mojej twarzy i bauns bauns bauns.



    2. Cut Copy@Heineken Opener Festival. To nic, że jesteś przemoczona tak, że już bardziej się nie da, bolą Cię nogi i najchętniej znalazłabyś się już w swoim łóżku. To wszystko blaknie, kiedy na scenę wychodzą ludzie, którzy grając bawią się równie dobrze, a może nawet lepiej niż wszyscy ci pod sceną. Do tego muzycznie dużo mocniej i bardziej energetycznie niż na płytach(na duży plus).



    3. Interpol@Coke Live Music Festival. Tam też miało mnie nie być. Przez brak chętnych i wielkie obawy co do formy zespołu ominęłoby mnie wydarzenie, którego długo nie zapomnę. Daniel Kessler jak zawsze trzymał fason po całości, Paul Banks pomimo nonszalanckiego dresu oczarował mnie totalnie. Bardzo dobra setlista i co ważne, bardzo dobrze też wykonana. Ich muzyka na żywo poraża jeszcze bardziej, a głos Paula(może nie tak dobry jak kiedyś, ale też nie taki zły jak wszyscy mówią) przeszywa na wskroś. Jeszcze pół roku temu, kiedy w sylwestrową noc wsłuchiwałam się w dźwięki Turn On The Bright Lights z takim przejęciem, nie sądziłam, że zobaczę ich tak szybko na żywo. Coś pięknego.



    Dla mnie lato skończyło się 20 sierpnia. Nie zamieniłabym go na żadne inne. Oby za rok wyglądało podobnie
  • '11 - płyty, które namieszały mi w głowie.

    26 jan. 2011, 20h59m

    - Ritual (ta płyta uderza do głowy od razu, tak wiem: wokal, zabawy z elektronika - to wszystko już było, ale w tym wydaniu wciąż się podoba)
    - Mine Is Yours (mam lekki sentyment do szlagierów w stylu we used to vacation czy hang me up to dry, ale ta płyta jest zdecydowanie inna, lepsza, dojrzalsza, bardziej przebojowa, w najlepszym znaczeniu tego słowa, jak się już raz włączy nie można się oderwać)
    - Wounded Rhymes (nie spodziewałam się, że nowa płyta lykke tak bardzo mi się spodoba, jestem totalnie zaskoczona. mam wrażenie, że ta płyta jest łatwiejsza w odbiorze, bardziej popowa, lżejsza, co działa u mnie na plus, bo jej debiutancki krążek momentami dość mnie uwierał)
    - Mirrorwriting (do tej płyty podchodziłam z dużą rezerwą, gdyż wydawnictwo jamesa blake'a bardzo mnie rozczarowało, a chłopaki są tam jakoś porównywani. jamie to jednak całkiem inna historia, ten chłopak ma zupełnie inną wrażliwość, a jego muzyka jest bardzo intymna i zmysłowa, idealna do słuchania późnym wieczorem. duże duże zaskoczenie, cudownie kojące dźwięki, które bardzo działają na wyobraźnię)
    - Raven In The Grave (sięgnęłam po ten album z tego samego powodu co po wszystkie inne w ostatnim czasie, dużo rzeczy się pojawia, większość rozczarowuje, ale dać szansę trzeba każdemu. starzy znajomi z danii bardzo jednak zaskoczyli, tworząc płytę totalnie w swoim stylu, a jednocześnie taką, która potrafi zainteresować i nie wydaje się wtórnym tworem. brawo)
    - On A Mission (ta dziewczyna ma w sobie jakiś magnetyzm, który wciąż każe do niej wracać, spora mieszanka stylów i gatunków, bardzo jestem ciekawa jej występu na selectorze)
    - Blood Pressures (brudne, energetyczne granie, które lubię, mosshart musi grać pierwsze skrzypce, w the dead weather jakoś się gubi, wielka szkoda, że nie pojawią się w tym roku na opku, to mógłby być bardzo dobry koncert)
    - Feel It Break (ciężko mi scharakteryzować ten krążek, bo w tej muzyce kryje się zbyt wiele emocji, czasem chwyta za serce, czasem rozpieprza od środka, czasem daje kopa, od czasu Soap&Skin żadna dziewczyna chyba aż tak bardzo we mnie nie trafiła)
    - No More Idols (w czasach kiedy dnb i dubstep są bardzo trendy, ale jednak nierzadko dość ciężkie dla przeciętnego słuchacza, wpada mi w ręce ten krążek i zadziwia przystępnością i różnorodnością. lubię taki rodzaj elektoniki nie ze względu na ten cały hajp, lubię, bo daje mi kopa energii i genialnie się przy tym pracuje w bardzo stresujące dni; plus dla panów za remix heartbeat nneki)
    - House of Balloons (ten mixtape zmiażdżył mnie doszczętnie, słuchanie go za każdym razem budzi demony, dotyka bardzo wrażliwych części duszy. najbardziej intymna rzecz jakiej kiedykolwiek słuchałam i jednocześnie płyta roku)
  • BBC Sound of 2011.

    25 déc. 2010, 14h41m

    Śledzę od kilku lat, co roku mam jakieś swoje ukryte typy. Nie inaczej jest także teraz, choć BBC ogłosiło dopiero swoje top 15, z którego zapewne w styczniu wybiorą pierwszą piątkę. Skład dość różnorodny, jedni wykonawcy mają na koncie tylko epki, inni już pierwsze krążki. Niektórych przesłuchałam dość pobieżnie, Ci co wpadli w ucho zostali zlustrowani dokładniej. Gdybym ja miała decydować, pierwsza piątka wyglądałaby tak:

    1. The Naked And Famous To jest bodajże moje największe grudniowe odkrycie, zaraz obok nagłej i namiętnej miłości do the cure. Będę dość wtórna, ale napiszę kolejny już raz, że ich muzyka zawiera w sobie kwintesencję tego co najlepsze z wielu moich ulubionych wykonawców. Płyta Passive Me Agressive You zostanie ze mną zdecydowanie na dłużej.



    2. Jessie J Co prawda ta pani ma na koncie w zasadzie tylko singla, ale za to jakiego. Wpadł w ucho od razu i nie chciał go opuścić dość długo. Myślę, że bardziej komercyjna od innych, ale jeśli się postara to może nagrać bardzo fajną płytę. Duży plus za wizerunek.



    3. James Blake Przesłuchałam jak do tej pory jedną, singlową piosenkę(płyta czeka już na dysku), ale już po tym pierwszym spotkaniu muszę stwierdzić, że to bardzo klimatyczny chłopak. Do tego całkiem fajnie wygląda.



    4. Esben And The Witch Dość duże skojarzenia z Florence and the Machine, co w innych przypadkach do tej pory zawsze wychodziło na niekorzyść. Ten przypadek jednak mnie mocno zaintrygował i z niecierpliwością czekam na więcej.



    5. Póki co puste.
  • summer beats.

    23 août 2010, 22h35m

    moje wakacje na krecie to w tym roku 4 festiwalowe przystanki. w tym 3 spod szyldu alter artu co pewnie o czymś tam świadczy, ale ja generalnie nie dorabiam sobie do tego konkretnej ideologii. czas przejść do sedna, czyli trochę podsumowań.

    1. NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE. Coke. Zdecydowanie nie spodziewałam się, że będę się tak dobrze bawić. Liczyłam na coś wielkości Selectora, ale tą machiną kręcą już większe kółka. Klimat typowo alter artowy plus szczypta komercji (w tym viva jako prekursorzy hipsterstwa). Coke zawsze mi się z taką komercyjną muzyką kojarzył, ale w tym roku oprócz tego stała ona też na dobrym poziomie. Towarzystwo bardzo zróżnicowane, więcej subkultur można spotkać chyba tylko na wielopolu.

    2. NAJWIĘKSZE MUZYCZNE ZASKOCZENIE. 30 second to mars na coke'u. Znałam wcześniej, lubiłam całkiem pierwsze dwie płyty, ale nigdy jakoś nie uważałam się za fana. Koncert bardzo udany, ogromna dawka bardzo pozytywnej energii plus świetne akustyczne wersje trzech utworów z beautiful lie. Właściwie przeszkadzały mi tylko dwie rzeczy: nieustające piski małoletnich psychofanek i trochę przesadzone teksty jareda o tym, że to najlepsza publika jaką miał.

    3. NAJWIĘKSZE ROZCZAROWANIE. To chyba organizacja tegorocznego openera. Właściwie nic nie było na swoim miejscu. Przy wymianie opasek nie rozdawali standardowych książeczek z rozpiską koncertów, na polu zabrakło prądu i wody. Lajnap też do końca nie zadowalał.

    4. NAJWIĘKSZE MUZYCZNE ROZCZAROWANIE. The chemical brothers na coke'u. Więcej się po nich spodziewałam. Czekałam na potężne elektroniczne pierdolnięcie, dostałam nudnego seta z fajnymi wizualizacjami.

    5. NAJLEPSZY KONCERT. To tak żeby było sprawiedliwie z każdego festu po jednym.
    - Selector - Calvin Harris. Po prostu świetna impreza z dobrą muzyką. Najlepszy moment: Acceptable in the 80's.
    - Opener - Yeasayer. Zdecydowanie numer jeden tego festu. Koncert lepszy niż ten w Bristolu, chłopaki wyraźnie zaskoczeni takim przyjęciem i wypełnionym namiotem. Najlepszy moment: 2080 i strasznie pozytywna mega najebka.
    - Off - Mouse on mars. Na offie sporo rzeczy mnie jednak rozczarowało, ale koncert na który poszłam, by zapełnić pustkę mnie rozpierdolił. Słuchając ich płyt w domu kompletnie mi się nie podobali(może trafiłam na słabe utwory), a na żywo rozjebali system. A place to bury strangers. Muszę wspomnieć jeszcze o tym jednym, który powalił mnie kompletnie. Największym failem jest to, że koncert był dnia pierwszego o godz 24, a my styrane po całym dniu opadłyśmy z sił. Niemniej jednak do dziś mam w głowie obraz wokalisty, który wije się po scenie i robi takie rzeczy z gitarą, że aż wstyd o tym mówić publicznie. Najlepszy moment: Keep slipping away.
    - Coke - Muse. Nie mogło być inaczej. Koncert bardzo profesjonalny, widowiskowy, a przy tym bardzo przyjemny w odbiorze. I nawet gwiazdorzenie Bellamy'ego jakoś się tak nie rzucało w oczy. Najlepszy moment: Hysteria.

    Najlepszym festiwalem pozostaje dla mnie i tak opener, bo nawet jeśli lajnap nie jest szczytem moich marzeń, a pod prysznicem woda tylko kapie to jednak ma on za sobą morze, trójmiasto i pierwszy weekend lipca co jest bardzo solidnym argumentem.

    Takie wakacje sobie wybrałam. To właściwie nie był nawet odpoczynek: kilka, czasem kilkanaście godzin w pociągu, niewyspanie, ból nóg, żar lejący się z nieba. Ale było warto, bo odnajduję w tym jakiś sens. Więc...

    Do zobaczenia za rok!
  • openerowe zajebistości.

    6 jui. 2010, 12h36m

    Czw 1 VII – Heineken Open'er Festival 2010

    zajebistość nr 1 - Massive Attack. Zostałam wgnieciona w ziemię. Potężna dawka potężnej muzyki i mnóstwa emocji nią wywołanych. Wszystkie zagrane utwory zabrzmiały bardzo energetycznie, elektryzująco i świeżo. Dziwnie teraz słuchać ich płyt, brzmią jakoś tak blado.

    zajebistość nr 2 - Yeasayer. Zazwyczaj to klubowe koncerty są lepsze od tych festiwalowych. Bo jest dłużej, bliżej, intymniej. W przypadku dwóch przeżytych przeze mnie koncertów tej grupy zdarzyło się jednak inaczej. I to nie tylko zasługa zespołu, to w głównej mierze dzięki publice wszystko wypadło jakoś lepiej. Miejsce gdzieś kilka rzędów od sceny, ścisk, ostre najebki, ciągły śmiech i wspaniała muzyka.

    zajebistość nr 3 - Wild Beasts. Właściwie nie wiedziałam czego się po nich spodziewać. Po cichu gdzieś tam liczyłam, że zaskoczą mnie tak jak rok temu M83. Aż tak nie zaskoczyli, ale ich muzyka bardzo dobrze sprawdziła się na koncercie.

    zajebistość nr 4 - pierwszy ciepły prysznic ostatniego dnia festiwalu:D

    mniejsze zajebistości to: Groove Armada - trochę nowego, trochę starego, wszystko jak dla mnie fajnie skomponowane w jedną całość. Skunk Anansie - to już nie te lata, by wydzierać mordę pod sceną, ale muzycznie wciąż gdzieś ten pazur we mnie trafia. Archieve - długo się nie mogłam do nich przekonać, a może tylko zbyt mało ich jednak słuchałam, na koncercie bardzo mnie zaskoczyli. Szczególnie dużą dawką elektroniki. Teraz się wsłucham lepiej. Pavement - kolejna rzecz do której się przekonałam po koncercie. Innym wykonawcom okołoindierockowym w tym roku czegoś zabrakło, im nie.

    Muzycznie na pewno lepiej prezentował się opener 09. Co nie oznacza, że tegoroczny uważam za nieudany. Morze, słońce i okołofestiwalowe wydarzenia rekompensują wszystko.
  • '10 - płyty, które namieszały mi w głowie.

    9 jan. 2010, 12h30m

    - Odd Blood (yeasayer stał się dla mnie jednym z najważniejszych zespołów tego roku)
    - Heligoland (wszyscy mówią, że słaba płyta, a mi się podoba. kropka)
    - Swim (chillout w najlepszym wydaniu)
    - Crystal Castles II (lepsze od jedynki, rly)
    - Kim Nowak (dla mnie wszystko co robią Waglewscy jest złote. a w tym czuję dużo brudu, energii i poweru. a klimatem momentami przypomina mi wck)
    - Happiness (może mnie ten album nie zachwycił tak jak inne, ale w jakimś stopniu mnie urzekł i na pewno będę do niego wracać)
    - Total Life Forever (zupełnie inne wcielenie foals, spokojniejsze, klimatyczne, bardzo na plus)
    - Come Around Sundown (w tej płycie najbardziej podoba mi się ten luz z jakim była nagrywana, co bardzo słychać, nic na siłę, nic pod publikę, to lubię)
    - The Suburbs (do tej płyty dojrzewałam długo, ale wreszcie mogę z przekonaniem powiedzieć, że to jeden z najlepszych krążków w tym roku)
    - High Violet (z tym zespołem łączy mnie już dość długa dziwna historia, bo od jakichś dwóch lat próbuję się do nich przekonać co mi się nigdy nie udawało, ale ich nowa płyta spodobała mi się od pierwszego przesłuchania i sprawiła, że dałam im jeszcze jedną szansę)
    - Passive Me Agressive You (to najnowsze odkrycie, miłość od pierwszego przesłuchania, ich muzyka łączy w sobie mnóstwo elementów, które kojarzą mi się z moimi ulubionymi wykonawcami, koś może pomyśleć, że to wtórne, dla mnie to kwintesencja tego co najlepsze)
  • '09 - płyty, które namieszały mi w głowie.

    7 jan. 2010, 19h15m

    wyłącznie subiektywnie.

    - Lovetune For Vacuum (po megawyjebistym koncercie nie mogłam się oderwać)
    - Humbug (całe wakacje nuciłam w pracy, wg mnie chłopaki odwalili kawał dobrej roboty)
    - To Lose My Life (do nich należał początek roku)
    - In This Light and on This Evening (papillon wciąga od pierwszych dźwięków, a cała płyta trochę później)
    - For Blood and Wine
    - Wall Of Arms
    - xx
    - Lungs (choć przesłuchana dopiero w 2010)
    - Odd Blood (płyta, która teoretycznie jeszcze nie wyszła, ale zrobiła furore już w 2009)
    - Hospice