Articles

RSS
  • Domowe Melodie @ Eter, Wrocław, 19.11.2013 r.

    20 nov. 2013, 11h40m

    Tue 19 Nov – Domowe Melodie

    Domowe Melodie we wrocławskim Eterze... Byli cudowni, ciepli, rodzinni, sympatyczni, uroczy.
    To był drugi koncert zespołu, który miałam przyjemność zobaczyć. Pierwszy na Open'erze - muszę przyznać - został przebity przez ten wrocławski. Jucho, Staszek i Kuba wyszli jak zwykle ubrani w piżamki, zaczęło się od ,,Okruszka" przy akompaniamencie dzwonków. Jedyny zarzut do tego momentu koncertu - dobrze by było jak ludzie wiedzieliby kiedy jest czas na koniec rozmów, bo koncert się niechybnie zaczął. Spoza płyty pojawiły się trzy piosenki, reprezentujące równie dobry poziom jak te na niej zawarte. Słychać, że Domowe Melodie wciąż śnią swoją bajkę i z sukcesem zapraszają do niej odbiorców.
    Ciekawy był też zapowiedziany przez Jucho ,,kołwer" piosenki z Kabaretu Starszych Panów ,,Addio pomidory". Staszek niewątpliwie został gwiazdą główną koncertu podczas tej piosenki :)
    A co z resztą? Ciężko w ogóle rozdzielać ten koncert na jakieś czynniki, bo tworzył tak pięknie nierozerwalną całość. Mogę już tylko dodać, że nie jest niczym dziwnym, że bilety na Domowe Melodie wyprzedają się w kilka dni. Jest pozytywna energia na naszym polskim rynku muzycznym, jest zespół wyjątkowy, który promuje sam siebie, sam wydał własną płytę a jego członkowie potrafią uczynić tak niezwykły nastrój, że czujesz się jak w domu. Domowe Melodie sprawiły, że ja - wielki rozklejuch, znów dałam upust emocjom i pozwoliłam łzom na zwilżenie oczu. Jedyny zespół, dzięki któremu bez przyjazdu do rodzinnego miasta, czuję się jak u siebie i nic mi więcej do szczęścia nie trzeba.
    Kto jeszcze nie sięgnął po Domowe Melodie... nie wiem na co czeka :)
  • Rihanna @ Lotnisko Kosakowo, Gdynia, 7.07.2013

    10 jui. 2013, 22h41m

    Sun 7 Jul – Rihanna, Dizzee Rascal

    Muszę z góry uprzedzić, że poszłam na ten koncert tylko dlatego, że Rihanna była w gratisie. To znaczy Openerowicze z karnetem na cały festiwal mogli pójść za darmo na jej koncert, który odbył się dzień po Openerze i doznać wielkiego szoku. Niestety, raczej negatywnego.

    Supportem gwiazdy wieczoru był Dizzee Rascal i, tak jak się tego spodziewałam, support był lepszy od koncertu Rihanny. Na co dzień nie słucham takiej muzyki, nie przekonuje mnie. Mimo to, naprawdę świetnie się bawiłam, było do czego poskakać i potańczyć. Na żywo mogę takich rzeczy słuchać, także na plus.
    No i przyszedł czas na Rihanne. Ale czas czasem a gwiazdeczka swoje. Pobuczeliśmy na nią trochę. Spóźniła się godzinę i nie raczyła nawet za to przeprosić swoich fanów. No ale to nie było najgorsze. Nie sądziłam, że przyjdzie mi oglądać taką chałę, bo koncertem nie mogę tego nazwać. Zespół Rihanny nawet nie bardzo się starał udawać, że gra. Gitarzysta spóźniał się z akordami, gitara niepodłączona. Mało tego, sama Rihanna dopełniła wszystko w pierwszej połowie występu pomagając sobie półplaybackiem z licznymi chórkami, które jechały za nią 3/4 piosenki. Jej, tak jak gitarzyście, nie zależało widać na ukrywaniu playbacku, bo odsuwała mikrofon cały czas i widać było, że nie śpiewa. Jak już zaśpiewała z 15 wyrazów w jednej piosence to już było nieźle. Trochę się ratuje druga połowa "szoł". Klubowe hity gwiazdeczki i jej coraz większy wysiłek wokalny, bo (uwaga, uwaga) tym razem to ona śpiewała 3/4 piosenek a nie chórki, spowodowały, że nawet nasz sektor hejterów trochę się wybawił.
    Podsumowując: Rihanna zafundowała swoim fanom za 250 zł coś gorszego od karaoke, zachowując się jakby w całym występie chodziło o samoadoracje jej cipska, po którym bez przerwy się macała. Dodatkowo - Rihanko: używanie w kółko słów ,,shit", ,,fuck", ,,fucking" nie sprawia, że jesteś fajna. Współczuję fanom wydanych pieniędzy, ale im się chyba podobało. Lasie piszczały, że ta Rihanna to ma fajne cycki. Ale nie spodziewałam się za wiele po ludziach, którzy idą na jej koncert na 22 w koturnach, maksymalnie krótkich bluzkach i jeszcze krótszych spodenkach.
    Newer egen. Rili.
  • CocoRosie @ Alibi, Wrocław, 25.06.2013r.

    27 juin 2013, 23h23m

    Tue 25 Jun – CocoRosie, Nomi Ruiz

    Od deszczu wszystko się zaczęło i deszczem się skończyło. Pogoda zdecydowanie nie nastrajała pozytywnie przed koncertem CocoRosie we wrocławskim klubie Alibi. Pomijając jednak ten mankament niezależny od zespołu... W środku zrobiło się nawet zimniej, bo przy barierkach wiało chłodnym powietrzem, ale znowu odchodzę od tematu. Skupmy się wreszcie na samym koncercie. Zaczęło się oczywiście supportem. Tradycyjnie nieco spóźnionym. Irytował mnie fakt, że Nomi Ruiz (bo to o niej właśnie mowa) urządziła nam małe karaoke ze striptizem. To właśnie przychodzi mi na myśl, gdy myślę jak skomentować jej występ. Był skąpy ciuszek, dobry głos, ale podkłady grane z płytki. Zdecydowanie na minus. Ratuje ją tylko jedna piosenka wykonana przy jej własnym, gitarowym akompaniamencie.
    Następnie część, na którą wszyscy czekali, mianowicie koncert CocoRosie. Już pierwszą rzeczą przykuwającą moją uwagę był niesamowity kontrast między temperamentami sióstr. Sierra była wulkanem energii - skakała, śmiała się, wszędzie było jej pełno. Zupełnie odwrotnie w przypadku Bianci, która ograniczała się do odśpiewywania swoich partii stojąc w jednym miejscu, zero uśmiechu. Coś jednak kazało mi skupić się właśnie na Biance. Jako, że był to pierwszy koncert tego zespołu, który miałam przyjemność oglądać, nie mogę stwierdzić czy zachowanie Bianci było, że tak napiszę "jednorazowe", ale z minuty na minutę intrygowała mnie ona coraz bardziej. Zdecydowanie jest ona jedną z tych postaci, które ciężko rozgryźć, ale ma w sobie coś tak intrygującego i ciekawego, że nie mogłam oderwać od niej wzroku.
    Siostry zagrały 19 utworów. Wielkim smutkiem był dla mnie brak piosenki ,,R.I.P. burn face", która była uwzględniona w setliście. A wiem o tym, ponieważ (nie byłabym sobą, gdybym się nie pochwaliła :)) udało mi się takową zdobyć wraz z autografem Bianci. Nie spodziewałam się zbyt udanego koncertu po obejrzeniu w internecie filmików z wykonaniami na żywo piosenek CocoRosie. A tu zaskoczenie. Siostry zagrały, de facto, kawał interesującej muzyki, aranżacje były całkiem zajmujące no i oczywiście coś, na czego punkcie mam bzika - śpiewały czysto. Nie było fałszów - mają moje serce. Dalej nie mogę rozgryźć jak Bianca osiąga tak specyficzne brzmienie swojego głosu i chyba nie dotrze to do mnie nigdy, skoro nie dotarło po 19 utworach. Koncert należał do rodzaju tych, które chciałam zobaczyć ze względu na ciekawe widowisko. Nie zawiodłam się więc, że czegoś było za mało, że coś było nie tak. Oczywiście, nie był to koncert, który rozdrabnia serce na kawałeczki ale poruszył i zaciekawił i był dobrze zrealizowany pomimo niesnasek Bianci z akustykiem, który zachowywał się jakby miał gdzieś migowe prośby wokalistki o obniżenie tonu mikrofonu. Całość baardzo przyjemna. Tak na czwórkę z plusem.
  • Seen Live

    23 déc. 2011, 13h51m