MDNA, czyli tak podejrzewam, ale mogę się mylić!

RSS
Partager

14 avr. 2012, 20h18m

Obudziłem się i byłem bardzo szczęśliwy. Nikt mnie nie wkurwiał, nie truł dupy, nic do mnie nie mówił, nie trzaskał drzwiami, nie chrząkał ani nie pytał, jak spałem. Siedziałem w kuchni i patrzyłem za okno. Padał sobie śnieg i mimo, że był juz kwiecień, miałem to serdecznie w dupie. Włączam radio a tam leci Lana del Ray. Normalnie Absolut. (Muszę dodać, że poprzedniego dnia zostałem zapoznany z utworem 'Falling Free' i pasowałby do tej sytuacji jak ulał. Nie ma więc chyba lepszej rekomendacji dla tego kawałka.)

Tegoż samego dnia, jakiś czas później, przyszedł wreszcie czas na zapoznanie się z DNA podstarzałej już i wyfotoszopowanej do bólu zębów Królowej Pop. Na początek poszło 'Give me all your lovin', bo moj brat przesunął je na początek setlisty. Spoko. Mam z tym utworem tak miłe wspomnienia, że przestać go lubić wydaje się być zwyczajnie awykonalne. Poza tym jest wesolutki i miło się słucha, choć infantylizmu jest w nim więcej niż na całym debiucie razem wziętym. Przecież śpiewa to 50 letnia baba, której lista kochankow jest dłuższa, niż lista życzeń na trasie koncertowej (tak podejrzewam, ale mogę się mylić!). No ale przecież faceci to wstrętna rasa i byc może ani Sean Penn, ani Jesus Luz, ani żaden inny, nie był w stanie dać jej swej miłości całościowo i dostawała tylko marne ochłapy. A może żaden z nich nie lubił wina? Trzymajmy więc kciuki, zeby najnowszy kochaś (bodajże w moim wieku) otworzył swoje serce tak, że aż pękną zawiasy i Madonna wreszcie będzie mogła zostać czyjąć Lucky Star (o wkurwiających autocytatach wspominam pod koniec).

Potem 'Girl Gone WIld'. Początek to totalny kicz. Śmiać mi się chce, że można połączyć wyznanie grzechów z idiotycznym kawałkiem w konwencji techno, który mówi w prostej linii o tym, że każda dziewczynka to zła dziewczynka. Albo autorka rzeczonego wyznania postradała już zmysły (tak podejrzewam, ale mogę się mylić!), albo adresuje swoje piosenki do kretynów (ta teza wydaje sie byc prawdopodobna zważywszy na 'Give me all your lovin' i towarzyszący mu teledysk). Albo sama jest kretynką! Ale odrzućmy te wstrętną tezę, ponieważ bohaterka niniejszego tekstu jest wszkaże kabalistką i popełniła w swojej karierze tak głębokie linijki, jak 'nothing really matters, love is all we need', lub 'freedom comes when you learn to say no'. Wiem, wiem, jestem świnią. 'Ray of Light' to naprawdę fajny album, który wręcz uroczo się zestarzal (on the contrary, starsze o ponad dekadę dokonania z początku kariery nie zestarzały się wcale). Swoją drogą nie zapomnę nagłówka jednego z newsów dotyczącego MDNA na nieocenionej UltraMadonnie.com, który brzmiał as follows, "Echa "Ray of Light" na najnowszym albumie' (przypis kurwa). W świetle przedstawionych tu faktów pretenduje on do miana największego WTF w historii serwisu. Z miejsca pozdrawiam ekipę! A wracając do 'GGW' (jak skracamy to skracamy!) - kawałek jest ok.

A reszta? Powiem tak. Okoliczności historycznego odsłuchu nowej Madonny nie mogły byc lepsze, gdyż jak wspomniałem na początku, miałem dokładnie taki nastrój , który chciałbym mieć każdego dnia. Niestety, liczba wkurwiających rzeczy na około skutecznie to uniemożliwia... Lista jest bardzo długa, ale tego dnia dopisałem sobie do niej nową pozycję o ogromnej sile rażenia - MDNA. '

'Gang Bang'. Nie dośc, że bardziej asłuchalne niż Atari Teenage Riot, to do tego wkurwiające do granic za sprawą żenujących przekleństw Madonny na końcu. Właściwie to podobny przypadek jak pseudo spowiedź z 'Girl Gone Wild', czyli kontrowersja osiągana kanałami ze szczurami. Ale o ile wyznania niegrzecznej dziewczynki autentycznie śmieszą, to już przekleństwa zwyczajnie wkurwiają. Jeśli Tarantino uratuje ten kawałek, to jestem gotowy odbyc pieszą pielgrzymkę do Lourdes. Ale dalej nie pamiętam dosłownie nic, bo następujące po sobie utwory zlały się w jedną, asłuchalną kupę hałasu. Posłuchałem następnego kawałka, a dalej poprosiłem mojego brata, żeby skipował, bo miałem ochotę wyjść z siebie i stanąć obok. I nie myślcie, że byłem w stanie wytrzymać do końca. Wystarczyło kilka początkowych sekund każdej kolejnej piosenki i byłem zmuszony prosić mojego brata o konsekwentne skipowanie, natomiast przy którejśtam z kolei poprosiłem grzecznie, żeby najzwyczajniej w świecie wyłączył to gówno i zapodał 'Falling Free', bo moje nerwy zostały niczym padlina roszarpane przez bezwględne sępy (czyt. kolejne koszmarki z MDNA). Ratunku! Wystarczyło kilkanaście minut poświęconych na badanie kwasu dezoksyrybonukleinowego Madonny i z powrotem byłem wkurwiony, rozbolała mnie głowa, a moj idealny stan poszedł w cholerę.

I najlepsze jest to, że 'FF' (jak skracamy to skracamy!), przywróciło moją wewnętrzną równowagę dosłowanie po kilku sekundach. Nie ma więc chyba lepszej rekomendacji dla tego kawałka. Być może Madonna umieściła go na końcu w charakterze katharsis dla śmiałka, który odważy się i przebrnie przez tragedię antyczną, jaką jest reszta albumu. Niestety, dla mnie to za dużo. Wolę przeczytać sobie na raz "Antygonę" i "Króla Edypa", ale nie chcę już więcej obcować z MDNA!!

Po 'Falling Free' posłuchaliśmy też 'Masterpiece', dzięki któremu artystka po raz kolejny nie dostała Oscara i pewnie była wkurwiona bardziej, niż ja podczas odsłuchu jej najnowszej płyty (tak podejrzewam, ale mogę się mylić!) To przyjemny utwór, chociaż klikający bit pasuje do orkiestracji jak wół do karety i zalatuje znanym i lubianym patentem z płyt 'Music' i 'American Life', a nie trzeba chyba dodawać, że nie były to wybitne osiągnięcia w karierze naszej gwiazdy. However, to na co zwróciłem uwage to totalnie beztreściowy, grafomański tekst! Pamiętam, że powiedziałem do swojego brata, 'Slucham tego tekstu i jest tak bez sensu, że jedyne co mi przychodzi do głowy, to, że Madonna chciała powiedzieć, że jej film to arcydzieło.' (przypis kurwa) Znając stosunek Madonny do samej siebie (patrz: przedostatni akapit) wydaje sie to wielce prawdopodobne (tak podejrzewam, ale mogę się mylić!) Nevertheless, na tle hałaśliwej kupy, jaką jest reszta płyty, 'Masterpiece' jawi się jako istna perełka, tym bardziej, że bardzo lubie Madonnę w wydaniu pościelowym . To zabawne, bo podzieliłem się tym spotrzeżeniem z moim bratem (przy okazji zapewne dodałem, że dlatego bardzo lubię płytę 'Something to Remember', bo zawsze o tym wspominam w kontekście stonowanej Madonny), i mówię, że na MDNA miały być trzy ballady. No to liczymy, 'FF', 'M' (jak skracamy to skracamy!), a ta trzecia? No właśnie. Moj brat mówi, że to 'Love Spent' i włącza, ale po kilku sekundach błagam, żeby wyłączył. Ja pierdolę! To gówno ma mieć jakiś wspólny mianownik z wybitnym utorem 'Live to Tell'? Za przeproszeniem, jedynym wspólnym mianownikiem jest chyba dupa Madonny, bo pościelowość obu utworów jest diametrically opposed, niczym pairing poems Williama Blake'a ze zbioru jego wierszy, którego nazwy nie będę przytaczał, bo wkurwia mnie nie gorzej niz MDNA! Swoją drogą, 'Live to Tell' też słuchaliśmy i poczułem się, jakbym po wizycie na cmentarzu o północy położył się na plaży w pełnym słońcu. Ja pierdolę, to jest najlepszy kawałek Madonny w historii, a z tekstu nie można się śmiać, bo jest w nim więcej prawdy niż w pierdoleniu Blake'a.

Całe zamieszanie z tytułem płyty jest po prostu żałosne. Tanie skandaliki Madonny sięgnęły teraz D. N. A. Zostając przy skrótach, wyczytałem gdzieś, ze to podobno M. I. A. wymyśliła tytuł albumu, co jest o tyle śmieszne, że sądzę, że spędziła w studiu ok. godziny i poszła sobie do domu myśląc o tym, że jej 'Bad Girls' lepiej się teraz sprzeda i warto było pomęczyć się z tą nadętą kozą (tak podejrzewam, ale mogę się mylić!). Zresztą, pokazania fucka na super bowl jest doskonała puentą moich konstatacji, a zarazem najmocniejszym punktem tamtego występu, który odbieram jedynie w kategoriach kabaretowych (swoją drogą, w świetle super bowl oraz zawartości MDNA, najnowsza trasa ma spore szanse, żeby zapisać się jako najgorsza w karierze).

Zostawmy jednak M. I. A. oraz super bowl i wróćmy do meritum. It is worth pointing out, that jeśli MDNA odziwerciedla stan po zażyciu mdna to jest to najlepsza antyreklama tego procha w historii!! Droga Madonno, jeśli miałbym wymienić największą zaletę Twojego nowego wydawnictwa to oprócz 'Falling Free' jest to fakt, że dzięki Tobie nigdy, przenigdy nie zażyję mdna!

I warto zaznaczyć, że MDNA nie sprawdzi sie nawet jako tzw. 'dopierdalacz', czyli głośny album, ktorego słucham, żeby dopierdolic się po cięzkim dniu i iść spać. Najprawdopodobniej zostanę przy 'Afterparty', bo to całe MDNA to po prostu koszmar!

P. S. Na drugim dysku znajduje sie bardzo fajna piosenka o urodzinach, w której również śpiewa M.I.A. Madonna po raz kolejny jest infantylna, ale klimat jest radosny i wesoły i nie odnotwuje się występowania ważących tonę, wkurwiających elektro bitów. Gdyby tak brzmiała cała płyta, byłbym bardzo szczęśliwy, bo ten kawałek jest wyluzowany, zawadiacki i spoko. Może nawet lepszy niż nadęte 'Falling Free'... Nie wiem. Ale jesli tak, to muszę Cię zmartwić droga Madonno, bo wejście M.I.A. na 1:29 to najbardziej zajebisty moment w piosence. Ok, załóżmy więc, że to jednak 'Falling Free' jest lepsze, bo nie chcę, żeby hajlajtem albumu Madonny była jakaś walnięta Srilanczanka, która w dodatku śpiewa o jaraniu trawki. Therefore, bankowo śpiewa o swoich własnych urodzinach, a nie Madonny, bo urodzinowe używki w przypadku Jej Królewskiej Mości to zapewne jeden kieliszek szampana za milion dolarów, którego sączy z namaszczeniem przez półtorej godziny.

Acha, autocytat z 'Beat Goes On' doprowadza mnie do białej gorączki.Nachalne odniesienia do własnej kariery w przypadku Madonny są wkurwiające i stanowią niezbity dowód na jej rozbuchany do granic narcyzm. To przestało być zabawne, kiedy na ostatniej trasie wideoklip z tysiącami twarzy Madonny posłużył jako wizualizacja. Ratunku! Ileż można patrzeć na swoją mordę? It is worth mentioning, that na koncercie w Warszawie właśnie poczas tej wizualizacji jebnął telebim. Może to Bóg chciał pokarać Madonnę za ekshibicjonistyczny egotyzm... No ale przecież to niegrzeczna dziewczynka, więc niechajże ją zostawi w spokoju!

P. S. P. S. Z tego miejsca chciałem serdecznie pozdrawić mojego brata. Być może jego obecność w jakimstam stopniu wpłynęła na to, że podczas słuchania MDNA nie pierdolnąłem na zawał. Przed chwilą uświadomiłem sobie, że zmiana setlisty jakiej dokonał, pociągnęła za sobą śmieszną implikację. Brak 'GMAYL' (jak skracamy to skracamy!) w środku, sprawił, że środkowa część MDNA zlała się jeden wielki, asłuchalny i wkurwiający łomot i dobitnie uświadomił mi bolesną chujowość płyty. Przecież 'GMAYL' pasuje do reszty jak pięść do nosa. To byłby świetny opener z tymi kretyńskymi okrzykami. Poza tym nie rozumiem czemu Madonna nie chciała zacząć płyty od skandowania swojego imienia i wybrała rozgrzeszenie... Czyżby chciała powiedzieć, że Bog jest dla niej ważniejszy niż ona sama!? Zadrżałem na samą myśl... Anyway, być może umieściła 'GMAYL' w środku z litości dla słuchacza, bo to, z pozoru, radosne gówienko, w konfrontacji z resztą nabiera cech Absolutu. Tak podejrzewam, ale mogę się mylić!

MDNA
Madonna
Give Me All Your Luvin' (feat. Nicki Minaj & M.I.A.)
Falling Free
Masterpiece
Girl Gone Wild
Gang Bang
B-Day Song (feat. M.I.A.)


UPDATE:

Pisząc notkę poświęconą 'MDNA' nie byłem jeszcze wtajemniczony w arkana analizy dyskursywnej, no i teraz patrząc na tamten tekst i zdaje sobie sprawę, że daje on radę jedynie w kontekście 'święty spokój' oraz 'uszczypliwe uwagi na temat Madonny'. W pierwszym przypadku konkluzja jest jasna: MDNA to ostatnia rzecz, jaka może wprowadzić słuchacza w takowy stan. Natomiast w drugim: Madonnę można dissować w nieskończoność i śmiać się do rozpuku.

No, a teraz suszyłem sobie włosy i o tym myślałem i fakt jest taki, że można, ale po co? Kazdego można. No i kim jestem ja, żeby dissować Madonnę? Nigdy w życiu nie zagram w filmie, ani takowego nie nakręcę, nie nagram płyty, ani nie ruszę w trasę, a do tego pies z kulawą nogą o mnie nie usłyszy i nie będę miał nawet tyle pieniędzy, ile Madonna wydaje miesięcznie na fryzjera. Jedyne co mi pozostaje to analiza dyskursywna. Tu z kolei jestem prawie pewny, że ta dziedzina nigdy nie zostanie zagospodarowana przez samą Madonnę, więc powiedzmy, że ostateczny wynik rozgrywki to jakies milion tysięcy do jednego dla Madonny, przy czym konkluzja jest taka, że nie mogę jej dissować.

Czas więc spojrzeć na DNA Królowej w nieco inny sposób. Tylko jaki? Muszę się nad tym porządnie zastanowić, bo dzisiaj udało mi się przetrwać jedynie kawałek "Gang Bang". Być może więc za jakiś miesiąc, dwa przesłucham wreszcie całośc i napiszę coś w kontekście bardziej bliskim samej płycie, niż mojemu samopoczuciu kóregoś dnia kwietnia.

Commentaires

Ajouter un commentaire. Connectez-vous à Last.fm ou inscrivez-vous (c'est gratuit).