Articles

  • I believe in miracles - Marky Ramone w Polsce!

    29 oct. 2010, 22h02m

    Pia 29 X – Rock'n'Roll Horror Night #9

    Moje uszy ogłuchły, ja sam nie wierzę w to co się stało tej nocy, a punk's not dead!

    A zaczęło się od ciszy poprzedzającej wielkie darcie mordy przez Michaela Gravesa przy pierwszym utworze, który Marky Ramone Blitzkrieg wydobył z siebie w warszawskiej Proximie. "Rockaway Beach" rozbrzmiało kilka minut po godzinie 21:00.

    Nie wiem jak można słowami opisać doznania... Patrzysz na ludzi, którzy są legendą muzyki punk, widzisz wokalistę Misfits, perkusistę Ramonesów i nie wierzysz uszom i oczom. Marky jak zwykle spokojny, ale i szybki. Długie, czarne włosy opadające na uszy (z wyciętą od garnka grzywką) idealnie komponują się z brzydką jak noc twarzą. Jego nadgarstki pracują na pełnych obrotach, a on sam gra pełne energii utwory, które ukształtowały pokolenia, jakby pił poranną kawę. Michael skacze po scenie, przybija "piątki" stojącym blisko barierek fanom. W pewnym momencie zabiera jednemu z nich telefon i kręci to co się dzieje na scenie, wystawia język do małej dziurki (zwanej "obiektywem") i z powrotem oddaje sprzęt. Magia... Rozbrzmiewa "Beat on the brat", potem "I believe in miracles" (dokładnie o 21:51), "Chinese rock". Publiczność skacze, wystawia ręce i poddaje się kompletnie muzyce. Gitarzysta co chwilę staje na odsłuchach, aby zachęcić ludzi przed barierkami do zabawy. Ale wszyscy wpadają w trans. Historia tworzy się na nowo. Znowu Ramones jest na szczycie i prawie można poczuć klimat klubu CBGB. Basista idealnie naśladuje Dee Dee Ramone'a krzycząc przed każdym utworem "ła tu ti fo!"...

    ...tam trzeba było być. Takie rzeczy dziadkowie opowiadają swoim wnukom. Co tam wspomnienia z wojny, wygrana polaków mistrzostw w piłce nożnej, czy wybuchy wulkanów. Ramones znowu grają!

    "I believe in miracles", widziałem ich na żywo. Ale chciałbym uwierzyć ponownie. Gdziekolwiek, za jakiekolwiek pieniądze...

    "ŁA TU TI FO!"
  • Wywiad z Gentleman'em (29 IV 2010, Mariott, Warszawa)

    1 mai 2010, 21h32m

    Pia 30 IV – Gentleman and The Evolution Band

    Gentleman, niemiecki wykonawca reggae, po raz kolejny odwiedził Polskę. Zaplanowane ma dwa koncerty: w Warszawie i Poznaniu. Rozmowa odbyła się na 40 piętrze w hotelu Mariott w Warszawie.

    Jakie przesłanie niesie Twoja nowa płyta (Gentleman - Diversity)?

    Przesłań na nowej płycie jest wiele. Znajdziesz na niej piosenki o miłości, także tej do rodziny. „I got to go” zadedykowałem mojemu synowi. Większość jednak dotyczy społeczeństwa i człowieka. Dokąd zmierzamy, jakie są nasze cele…

    Koncert w Warszawie jest drugi, a w Poznaniu trzeci w kolejności w tej trasie. Czy oznacza to, że polska publiczność jest dla Ciebie wyjątkowa?

    Tak, zdobyłem tu naprawdę ogromne i miłe doświadczenie. Polska jest dużym krajem, wciąż się rozwijającym.

    Masz tu ogromną rzeszę fanów.

    Racja. Jestem szczęśliwy, że doceniacie moją muzykę. Jeśli ludzie chcą nas tu widzieć, to będziemy tu wracać!

    W maju w Warszawie będzie miał miejsce „Marsz wyzwolenia konopii”. Co sądzisz o takich demonstracjach, popierasz je?

    Zdecydowanie wierzę, że jeśli ludzie wychodzą na ulicę i głośno mówią o swoich oczekiwaniach, a ich głos jest słyszany, to są w stanie coś zmienić. Jeśli nikt nic nie mówi, to i nic się nie zmieni. Trzeba próbować. Może pierwsza, a nawet i druga demonstracja nie przyniesie efektów, ale jeśli ludzie się nie poddadzą, to kiedyś się uda. Historia to udowadnia. To ma sens.

    Odwiedzasz Jamajkę odkąd byłeś nastolatkiem. Czym jest dla Ciebie to miejsce?

    Jamajka jest miejscem z duszą. To ojczyzna muzyki, którą tak kocham i bardzo kreatywne miejsce. Kiedy jestem w Kingston czuje wielką energię. Spotykam wielu muzyków i producentów. To duża wymiana kulturowa i muzyczna. Jamajka jest tez bardzo biednym krajem. Politycy są skorumpowani... może nie wszyscy ale większość. To także kontrowersyjne miejsce pełne przemocy.

    Pochodzisz z Niemiec, miejsca dla Jamajczyków odległego. Czy mimo tego czujesz z nimi więź?

    Spędziłem na Jamajce pół życia. Pierwszy raz pojechałem tam w wieku 18 lat, teraz mam 36. Ludzie przyzwyczaili się do mnie. Pamiętam jak kiedyś znali moje piosenki z radia i płyt, ale nie wiedzieli, że jestem Niemcem. To nie robi różnicy, bo ludzie na Jamajce słuchają muzyki, słuchają słów. Nie zwracają uwagi na kolor skóry.

    Czyli nie miałeś z tego powodu żadnych problemów?

    Chyba miałem więcej problemów w Niemczech. Ciągle pytali mnie czemu śpiewam po angielsku, a nie po niemiecku. Ale teraz jest w porządku. Była jedna sytuacja na Jamajce. Podczas koncertu publiczność rzucała na scenę butelki. Może to brzmi dziwnie, ale to był rodzaj przywitania. Nie pomyśleli, że jestem z Niemiec i może nie powinni tego robić, bo przywitano tak wielu artystów.

    Znasz język patois. Czy uważasz, ze piosenki reggae powinny być wykonywane w tym języku?

    Poznałem muzykę reggae na Jamajce. Mam tam rodzinę i wielu przyjaciół. Gdy tam przebywam, mój angielski akcent zmienia się na bardziej jamajski. To zależy od otoczenia. Kiedy słuchasz mojego nowego albumu „Diversity”, słyszysz, że staram się śpiewać po angielsku tak, by wszyscy mnie zrozumieli. Nie uważam, że trzeba znać patois, by wykonywać muzykę reggae.

    Znasz któryś z polskich zespołów reggae?

    Moim supportem będzie polski zespół. Jutro mam zamiar udać się do sklepu i kupić trochę polskiej muzyki.

    Czy porównujesz czasem jamajskie i europejskie społeczeństwo? Zmieniłbyś coś w europejskim życiu na bardziej jamajskie?


    Obydwa społeczeństwa mają dobrą i złą stronę. Moglibyśmy uczyć się jedni od drugich. W Europie brakuje mi dialogu, komunikacji, życia rodzinnego i duchowości. Ludzie żyją zbyt szybko. Spędzają zbyt dużo czasu używając internetowych portali społecznościowych, zamiast patrząc sobie w oczy. To krytykuję. W Jamajce krytykuję przemoc, narkotyki. Tak, jak powiedziałem, moglibyśmy uczyć się jedni od drugich, dla lepszego jutra.

    Jestem ciekawa jak Twój ojciec, pastor, postrzega kulturę reggae i co sądził o twoim pomyśle zostania artystą.

    Jest dumny. Jest bardzo otwartym człowiekiem, lubi moją muzykę. Istnieje duże podobieństwo miedzy Rastafari, a Biblią. Głęboko wierzę w Boga, ale nie wierze w żadną religię. Moim bogiem nie jest też Selassie*. Wiele uczę się z każdej religii- Chrześcijaństwa, Buddyzmu, czy Islamu. Mój ojciec to akceptuje.

    Widzisz wpływ ojca w swoim życiu?

    Jezus był naprawdę fajnym gościem, kimś kto może pokazać nam jaką drogą podążać. Nie wierzę w Niebo i Piekło. Myślę, że to raczej stan umysłu. Dzięki pracy ojca myślałem o tym już bardzo wcześnie, dyskutowaliśmy przy rodzinnym stole. Te dyskusje znajdują odbicie w moich tekstach.

    Dziękuję za wywiad.




    * Haile Selassie I - ostatni cesarz Etiopii. Znany jako symbol religijny ruchu Rastafari, którzy uważają na podstawie Kebra Nagast, że jest ostatnim z biblijnych Mesjaszów oraz wcielonym Bogiem zwanym przez rasta Jah, który przyszedł aby zakończyć wojny na ziemi i zaprowadzić tysiącletnie królestwo pokoju. Haile Selassie znaczy Potęga Trójcy. Cesarz był znany także pod przedkoronacyjnym imieniem jako ras Tafari Makonnen.

    Wywiad na zlecenie independent.pl

    Współpraca:
    Aleksandra Rustecka
    Paweł "Cotshiack" Kociszewski
  • Wywiad z Radiem Bagdad

    14 déc. 2009, 0h15m

    Nie 13 XII – Naiv i Radio Bagdad

    Wywiad z Sielakiem z zespołu Radio Bagdad przeprowadzony przed koncertem w Kamieniołomach.


    Koncert w Warszawie jest ostatnim na Waszej trasie? Jak ogólnie wyglądała trasa?

    Sielak: Ogólnie to było bardzo różnie, bo zespołem który zapełnia hale nie jesteśmy, więc mieliśmy różne frekwencje. Natomiast rzeczą, która była stała, to bardzo fajna atmosfera z zespołem NAIV. To jest coś co najbardziej doceniam po tej trasie.

    To jest kolejny koncert z tym zespołem?

    Sielak: No tak. Łącznie mieliśmy dziewięć koncertów z Naivami. Ten jest ostatni, ale możliwe, że jeszcze coś pogramy. Możliwe, że na wiosnę się coś jeszcze zdarzy.

    Dużo koncertujecie. Jak łączycie to z pracą?

    Sielak: No wiesz, ciężko jest. Każdy z nas pracuje na cały etat, także no… bierzemy wolne. Mamy też takie zawody, że udaje się jakoś… 8–16 tylko różnie, w związku z czym jest to zapierdziel. Tak można powiedzieć.

    A jak powstał Wasz zespół? Znacie się z przedszkola?

    Sielak: Nie, z przedszkola się nie znamy. Raczej połączyła nas muzyka, niż wcześniejsze znajomości i przyjaźń. Po prostu dałem ogłoszenie, że szukam basisty i przyszedł Dziku. Graliśmy chwilę razem. Byli na początku inni perkusiści, ale bardzo przez chwilę. No i potem doszliśmy do wniosku, że trzeba zmienić bębniarza, a Majonesa wcześniej znałem z innego projektu. On grał salę prób obok, więc go zaprosiłem, żeby pograł z nami i tak zostało. Znaczy zostało do dzisiaj, bo dzisiaj gramy ostatni koncert z Majonezem.

    Potem się na stałe rozstajecie?

    Sielak: Na to wygląda, że się rozstajemy i będziemy grać z innym perkusistą.

    Macie już kogoś na oku?

    Sielak: Kogoś tam na oku mamy, przesłuchiwaliśmy paru i musimy się zastanowić kto byłby sensowny.

    A powiedz mi coś na temat Waszego starego singla „Londyn dzwoni”. Inspirowaliście się dużo The Cash… i kim jeszcze?

    Sielak: Życiem! To znaczy wiadomo, muzyka jest z oryginału „London Calling”, także my tam nic nie wymyśliliśmy muzycznie. Natomiast tekst to są jakieś tam moje doświadczenia z pobytu w Wielkiej Brytanii. Często jeździłem jako gastarbeiter i tam sporo rzeczy widziałem. Ten tekst i tam powstał.

    Teraz wydajecie maksisingiel „Giną jak we mgle”. Będzie on w stylu „Koktajli”, „Kupując czerń”, czy jeszcze czegoś innego?

    Sielak: To jest nasz ostatni singiel z płyty kupując czerń, no i on przyjmie formę maksisingla, czyli tam będzie pięć wersji piosenki singlowej… plus jedna. Może ta jedna to rzeczywiście będzie coś nowego. Chociaż tam chyba styl nie został jakoś specjalnie zaburzony. Nagraliśmy przeróbkę zespołu Brak, to taki zespół z lat osiemdziesiątych. Ta piosenka trafi na składankę, która będzie tributem dla tego zespołu. A jeśli chodzi o inne wersje „Giną jak we mgle” to pojawi remix taki bardziej industrialny, jest też wersja akustyczna – pierwszy raz takie wychylenie w tą stronę – i wersja koncertowa też jest.

    Ktoś stwierdził w jednej recenzji Waszej najnowszej płyty „Kupując czerń”, że jesteście zespołem niczym nie wyróżniającym się z tłumu.

    Sielak: Wiesz, myślę, że podstawą bycia zespołu jest przekonanie, że to co się robi jest własne. Chyba, że ktoś chce zrobic cover band, albo grać w tylko jednym, określonym stylu. Wydaje mi się, że zespół z ambicjami stara się stworzyć własne brzmienie, wiec my staramy się ewoluować i różnie z tym bywa. Sięgamy po różne rzeczy. Ale bardzo często recenzje to opinie dziennikarzy, który te opinie muszą mieć i uważam, że nie zawsze są trafne. Generalnie ta płyta została przez dziennikarzy potraktowana gorzej niż pierwsza. Ale nie słyszałem takich opinii ze strony ludzi, którzy już nas wcześniej słuchali przy pierwszej płycie i podkreślają, że ona im się również podoba. Zresztą zespół, tak jak i chyba wszystkie zespoły, opiera się na słuchaczach, a nie dziennikarzach.

    A co na nowej płycie?

    Sielak: Słuchaj, mam nadzieję, że trzecia płyta to będzie jeszcze coś innego, bo nie chcemy się zamykać. Czas pokaże. Tą płytę wydaliśmy niecałe pół roku temu, także mamy jeszcze trochę czasu, znajdziemy bębniarza to będziemy nad czymś pracować. Pomysły mamy, ale jakie to wszystko przyjmie brzmienie to jeszcze nie wiemy. Ja bym bardzo chciał, żeby to była płyta inna.

    Kiedy wydajecie?

    Sielak: Myślę, że nie szybciej niż za dwa lata, bo chcemy zrobić to na spokojnie. Do tej pory było to w pośpiechu. Zakładaliśmy sobie twarde terminy, ale teraz myślę, że trochę wyluzujemy. Planuję, żeby mieć trochę inny tryb pracy, nagrać dymówkę przed zrobieniem tej płyty, posiedzieć nad brzmieniem. Na razie to jest w teorii, bo tak naprawdę nie zaczęliśmy myśleć o tej trzeciej płycie.

    Macie dzisiaj ze sobą syrenę alarmową?

    Sielak: Nie, syreny już od dawna nie wozimy, bo nam się zepsuła jakiś czas temu. Zepsuła nam się jak otwieraliśmy dwudzieste urodziny i zarazem pogrzeb Pidżamy Porno w Warszwie. Facet, który nią kręcił przetarł sobie dłoń, bo korbka się rozwaliła. Nie chcemy też powielać pomysłów na koncert. Do syreny nie sądzę żebyśmy wracali.

    Przygotowaliście na dzisiaj jakieś przerywniki, takie jak np. „Eksplozja”?

    Sielak: Z eksplozją nie wiem jak będzie, bo niby obiecaliśmy ludziom z naszego forum, że ją zagramy, ale jej nie przećwiczyliśmy, więc zobaczę co będzie na próbie, ale to nie jest trudne, więc chyba zrobimy… A inne… Możliwe, że coś się zdarzy.

    Powiedz dlaczego w mediach nie podajecie swoich prawdziwych imion i nazwisk, tylko pseudonimy.

    Sielak: Jakiś taki etos punkowy… Nie wiem. Na mnie zawsze mówiono w liceum i dalej tak na mnie mówią – „Sielak”. Na Majonesa tak samo.

    Macie jakieś fanki? Dziewczyny rzucają w Was stanikami?

    Sielak: Yyy… Chyba jedyny stanik, który na nas poleciał to nasza koleżanka rzuciła. Nie, nie ma takich rzeczy. Jakieś historie krążą, że na Majonesa lecą dziewczyny, ja tego nie zauważyłem specjalnie. Dużo plotek. Jesteśmy ustatkowanymi ludźmi i generalnie staramy się jak najwięcej grać. Nie wiedziemy rock and rollowego trybu życia bo nie mamy na to czasu.

    A jakie są Wasze plany na przyszłość?

    Sielak: Zagramy jeszcze jeden koncert pod koniec roku 29 grudnia. Potem jeszcze Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy i żadnych takich ścisłych planów koncertowych nie mamy. Będziemy siedzieć pewnie w sali prób, myśleć nad nowym materiałem, grać z nowym perkusistą. Chyba, że Majones się rozmyśli, ale nie sądzę. Może będą jakieś koncerty na wiosnę, ale muszę zobaczyć w jakiej kondycji będzie zespół, czy to będzie miało sens.

    Dzięki wielkie za wywiad.

    Sielak: Dzięki



    Cotshiack
  • Cygański, purpurowy punk

    9 déc. 2009, 1h02m

    Wto 8 XII – Gogol Bordello + The Sounds + Matt & Kim

    Na ten koncert czekałem od dawna. Gogol Bordello to niesamowita mieszanka zarówno kulturowa jak i muzyczna. Porywające cygańskie rytmy sprawiły, że ten wtorek był jednym z lepszych dni koncertowych w moim życiu.

    Całe wydarzenie zaczęło się od supportów. Zaczęli jak nigdy - punktualnie. O 20:00. Pierwszym supportem był nowojorski duet Matt & Kim grający indie zmieszanego z dużą dawką elektroniki. Bardzo przyjemnie, dobry kontakt publicznością. Perkusistka ma niezłe ADHD... Zresztą Matt też skakał po scenie i wykonywał różnego rodzaju akrobacje przy swoich klawiszach. Zagrali ok. pół godziny. Myślę, że mimo niezłego koncertu, więcej nie bylibyśmy w stanie znieść, szczególnie z perspektywą występu gwiazdy - Gogoli.

    Następnie (również punktualnie, o wyznaczonej wcześniej godzinie - 20:45) na scenę wszedł szwedzki zespół The Sounds. Trudny do sklasyfikowania, bo wyczuć można było w ich muzyce nieco indie i punku z domieszką elektroniki. Wokalistka z początku przypominała mi swoim zachowaniem i ogólnym wizerunkiem Madonnę. Ale później to porównanie przestało mieć sens. Niezła, a nawet można rzec świetna gra instrumentalistów (zmieniali się rolami przy poszczególnych utworach) w połączeniu ze wspaniałym głosem (tak... podobał mi się, jak mało który żeński wokal) wokalistki komponowały się idealnie. Była moc, dobre uderzenie i wpadające w ucho kawałki. Wszystko czego potrzeba, aby przygotować pełną Stodołę do koncertu wieczoru.

    Następnie ponad pól godziny oczekiwania i...

    Na scenę zaczęli powoli wychodzić muzycy Gogol Bordello. Po kolei dostawali oklaski, ale gdy wszedł Eugene publiczność oszalała. Rozpoczęli Ultimate, potem Sally, Not A Crime i następnie jeden z ich największych hitów Wonderlust King. W tym momencie zauważyłem, że nie ma z nimi Pameli. Nie wiem dlaczego jej nie było, ale nie był wyczuwalny jej brak. Przynajmniej muzycznie. Elizabeth za to nadrabiała i swoją energią powalała wszystkich pod sceną. Cały zespół chyba świetnie się czuł grając w Warszawie. Pozytywna energia biła ze sceny wprost na wypełniony po brzegi klub. Nie obeszło się oczywiście bez takich kawałków jak 60 Revolutions, oraz Start Wearing Purple, przy których nikt nie stał w miejscu. Nawet starsze osoby, których zauważyłem dość sporo jak na taki koncert, dawały się ponieść cygańsko-punkowej muzyce. Eugene od czasu do czasu popijał wino, które stało przy perkusji (ładna, szklana, zielona butelka :P ). Nie omieszkał też wylać trochę na ludzi stojących najbliżej niego. Za śpiewanie (przynajmniej większe niż zwykle) wziął się Pedro. Ekwadorczyk próbował pewnie zastąpić nieobecną Pamelę. Skakał po scenie z wielkim bębnem, grał na cajon i sprawiał wrażenie bardzo szczęśliwego. Zakończyli z utworem Baro Foro. Ale nie obeszło się bez bisu. Po dość długim wzywaniu zespołu na scenę pojawił się sam Eugene. Zagrał kilka taktów kawałka Alkohol, po czym dołączyła do niego reszta. Kończąc całe przedstawienie usłyszeć można było jeszcze mały mix poszczególnych utworów.

    Brakowało mi tylko Immigrant punk i może wolniejszego nieco Avenue B. Jednak cały koncert, łącznie z supportami wypadł niesamowicie. Dużo, dużo pozytywnej energii, wspaniała atmosfera, dobra muzyka. Czego chcieć więcej?

    Powtórki ;)
  • Akurat, Wu-hae i Sandaless w Proximie (3 gru 2009)

    4 déc. 2009, 13h58m

    W czwartek 3 grudnia 2009 w warszawskim klubie Proxima wystąpiła grupa Akurat supportowana przez crossoverowy WU–HAE i hardcore’owy Sandaless.

    Na początku zespół Sandaless zagrał bardzo ciekawe utwory. Kawałki wydawaly sie byc inspirowane muzyką zespołów Coma i Totentanz. Ciekawy wokal i bardzo dobrze słyszalny bass, mocne uderzenie, niezłe teksty. Trochę cięższe granie zmieszali z rytmami reggae i spokojniejszymi partiami gitarowymi. Razem bardzo przyjemni do słuchania.

    WU–HAE to miłe zaskoczenie. Ciężki, elektroniczny rock z niezłymi partiami perkusyjnymi (niestety z automatu) czasami podchodzącymi pod drum’n’bass. Dobre teksty i kilku wokalistów wydaje się być idealnym rozwiązaniem. To coś jakby mieszanka Rammsteina i Sweet Noise. Wplatane między kawałki komentarze Bzyka były swego rodzaju urozmaiceniem. Bardzo pozytywni ludzie, tworzący muzykę z pasja.

    Akurat zagrał dobrze i tego należało się spodziewać. Dwugodzinny koncert tej grupy wzbogaciły akustyczne wersje trzech ich starszych utworów. Publiczność szalała pod sceną. Zagrali mieszankę z Pomarańczy i pozostałych płyt włączając najnowszą Optymistykę. Jak dla mnie, mimo dobrego grania, trochę za długi koncert, bo większość utworów była „na jedno kopyto”. Po mniej więcej godzinie zacząłem się nudzić i wyczekiwać końca.

    Ogólnie koncerty odebrałem bardzo pozytywnie. Wielkie, sztuczne skręty z papieru i śliny, które przynieśli fani WU–HAE, sama gra zespołu, akustyczny set Akurat i miła atmosfera są powodami, dla których warto było przyjść.



    Wywiad z zespołem AKURAT można przeczytać tutaj: http://independent.pl/n/9632

    A wywiad z WU–HAE tutaj: http://independent.pl/n/9644
  • Jazz Jamboree "Miles of Blue" 2009

    25 oct. 2009, 23h42m

    Nie 25 X – Miles of Blue

    Koncertem Michała Urbaniaka w Sali Kongresowej rozpoczął się 51. Jazz Jamboree. Większość miejsc była zajęta, a ja miałem niezły widok z samej góry. Z racji tego, że koncerty w Polsce nigdy nie zaczynają się o wyznaczonej godzinie, pierwszą osobą którą ujrzeliśmy na scenie był konferansjer Michael Moritz spóźniony o 15 minut. Mężczyzna wyczytał sponsorów i patronów, po czym zapowiedział "jeszcze 5 minut". Po łącznie 25 minutach oczekiwania pierwsi artyści weszli na scenę.

    Zaczęli muzycznym przedstawieniem zespołu. Sześciu mężczyzn po kolei wykonywało krótkie solówki na instrumentach. Począwszy od Dona Blackmana na klawiszach, kończąc na Michale Urbaniaku na skrzypcach. Brzmieli idealnie. Lekkie zielono-żółte światło migało gdzieś w tle. Było prawie ciemno. Potem usłyszeliśmy utwór "Tutu" z płyty Milesa Davisa o tym samym tytule. Wspaniała gra slappingiem na gitarze basowej Otto Wiliamsa wbijała się w ucho już od pierwszych sekund. Następnie kawałek "Cats", przy którym dla odmiany królował Don Blackman. Urbaniaka w pierwszych kilku utworach było naprawdę mało. Dogrywał tylko pojedyncze dźwięki, a czasami większe partie. Kolejne były "I just love you" z solowej płyty skrzypka, "Miles of Blue" i wspaniały, wręcz cudowny "Urb Time", przy którym dało się odpłynąć. Nawet klawiszowiec Don chodził po scenie i podziwiał grę swoich kolegów.

    Przyszedł czas na niespodziankę. Na scenę została zaproszona Pani Monika, dziewczyna w wieku lat dwudziestu-kilku w zwiewnej sukience i uśmiechem na twarzy. Zaśpiewała utwór "Someday My Prince Will Come". Gdy jej słuchałem na myśl przyszedł mi kadr z amerykańskiego filmu/musicalu, który ukazuje się w telewizji zawsze przy okazji świąt. Chłodny wieczór, padający śnieg, młoda dziewczyna ubrana w ciepły sweterek, która z całych sił i z wielką radością śpiewa przyjemny, wpadający w ucho kawałek. Może nie była w tym bardzo dobra, ale słuchało jej się z uśmiechem na ustach. Gdy skończyła okazało się, że jest i druga niespodzianka. Nie spodziewałem się, że obok Pana Michała na scenie stanie Adam "Ostry" Ostrowski. Co prawda nagrywali już razem na płytę „Urbanator III”, ale koncert to inna sprawa. A jednak... Nie tylko stanął, ale i zagrał na skrzypcach utwór "All blues". Przy akompaniamencie muzyków O.S.T.R. improwizował z tekstami. Rapował porywając do klaskania i krzyków zgromadzoną publiczność. Jak później powiedział: "Jazz to hip-hop" powołując się na nieżyjącego już niestety Milesa Davisa.

    Przyszedł czas na koniec. Ostatnim, ale najbardziej żywiołowym i pełnym energii utworem był "Funkin' For Jamaica". Tutaj swój talent wokalny pokazał zarówno Don Blackman jak i Tom Browne (trąbka). Niesamowity, fenomenalnie zagrany kawałek pozwolił wstać ludziom z miejsc i pod wpływem słów Ostrego podejść pod samą scenę. Wiele osób czuło niesmak z tego powodu. Młodym się podobało, ale starsi fani jazzu przyzwyczajeni byli do innych zachowań. Rytm wyginał publiczność na wszystkie strony. Nikt nie stał w miejscu. Nawet starsze Panie dały się ponieść i trzęsły 60-letnimi tyłeczkami. Niesamowicie wyglądało to z balkonu. Po kilku, kilkunastu minutach zespół zakończył. Po kolei muzycy schodzili ze sceny w stronę lewej kurtyny. Po chwili dało się słyszeć tylko Troya Millera na perkusji i Otto Wiliamsa na basie. Skończyli lekkim zejściem w ciszę.

    Oczywiście nie mogło obejść się bez bisu. Po ponownym odczytaniu przez konferansjera sponsorów muzycy wyszli jeszcze raz na scenę. Tym razem wszyscy zagrali ostatni kawałek. W tym czasie Michał Urbaniak przestawił swoich przyjaciół, oraz zaproszonych gości, Adam przypomniał kim jest główny skrzypek i ostatnie dźwięki zalały Salę Kongresową.

    Niesamowite wydarzenie, które zapadnie w pamięci wszystkich uczestników przynajmniej przez rok (do kolejnej edycji Jazz Jamboree). Prawie dwie godziny wspaniałej muzyki granej przez wybitnych artystów. Wszyscy oddali hołd zmarłemu 18 lat temu Milesowi Davisowi. Ale to dopiero początek 51. Jazz Jamboree. Czekam na więcej wrażeń, choć nie wiem czy któreś z nich dorówna koncertowi Michała Urbaniaka i zespołu. To był genialny koncert! A wszystko to w błękitnych barwach "Miles of Blue".
  • Kozacki rock!

    9 oct. 2009, 21h30m

    Pia 9 X – Voo Voo i Haydamaky

    Po raz czwarty w tym roku słyszałem na żywo Voo Voo i Haydamaki i po raz czwarty jestem pod ogromnym wrażeniem. Tym razem w Amfiteatrze na Bemowie (Warszawa). Oczywiście nie obeszło się bez małego spóźnienia, jak to w Polsce. No ale w końcu wyszli, zagrali i kolejny raz my - widzowie zostaliśmy obrzuceni tonami dobrej, kozacko-jazzowej muzyki.

    Jak zwykle królował (przynajmniej jak dla mnie) Mateo Pospieszalski na swym saksofonie. Niesamowite partie solowe, dopracowane w najmniejszym szczególe sprawiały, że na plecach miałem sito. Co prawda było trochę zimno, bo temperatura spadła do ok. 10 stopni, ale moje (prawie że) omdlenia to właśnie wina Mateusza. Nie mniejsze zasługi miał również Wojtek Waglewski, który czarował śpiewem, przy akompaniamencie swojej białej, sześciostrunowej gitarze hollow-body. Widać, że dobrze się bawił, że niosła go muzyka ukraińców. Co do samych sąsiadów zza wschodniej granicy... Akordeonista był genialny (zreszta jak zawsze, bez niego to nie byłby ten sam zespół), a trębacz ze swoich płuc wydobywał niesamowite dźwięki, które hipnotyzowały stojących przy barierkach fanów. Ośmiu mężczyzn uderzyło (jak śpiewa syn Wojtka) z siłą jak dynamit. Kolejne miasto zostało przywalone muzyką ukraińsko-polskiego sojuszu muzycznego. Miazga...

    Na samym początku zagrało samo Voo Voo, a potem razem z Haydamakami zagrali wszystkie utwory ze wspólnej płyty. Jak zwykle najwieksze wrażenie zrobiły na mnie "Babilon system", "Poleczko" i "Wyszła Młoda". Ten ostatni kawałek zmuszeni byli zagrać jeszcze na bis, ponieważ Warszawska publiczność nie dała im opuścić amfiteatru tak szybko. Ogólnie bardzo, bardzo pozytywne wrażenia. Muzycy zaczarowali wszystko i wszystkich...

    Tylko temperatura chwilami przeszkadzała, ale to mało ważne... Brakowało mi również kompozycji Haydamaków. Tak jak zrobili to na Breakout Festiwal w Cieszanowie (najpierw samo Voo Voo, potem wspólnie, a kończąc panowie z Ukrainy zachwycili wszystkich własnymi utworami i coverem Ace of Spades zespołu Motorhead. Ponad dwugodzinny koncert dla polsko-ukrainskiej widowni.). Warto było ruszyć się z domu, aby usłyszeć ich jeszcze raz.

    Kozacki rock!
  • Cieszanów, 20-22 sierpnia 2009, Breakout Festiwal

    23 août 2009, 12h17m

    Czw 20 VIII – Breakout Festiwal Cieszanów 2009

    Pasowałoby jakoś ogarnąć całość festiwalu i zdać z niego jakąś relacje... Niestety już na początku oburzyłem się z powodu pomysłów organizatorów. Przesrali sobie zaraz pierwszego dnia. Po pierwsze na plac koncertowy i pole namiotowe można było oficjalnie wejść od 16:00, co było chorym pomysłem owocującym w stado wściekłych ludzi zaraz pod bramką (tak... drugim powodem była JEDNA bramka przez którą wpuszczano). Ludzie wkurzyli się jeszcze bardziej gdy wejście opóźniło się o godzinę. Jakby nie można było wpuszczać od rana. Dobrze, że drugie pole namiotowe pod szkołą było starannie przygotowane i dostępne od początku. Ale wracając do samego wejścia na plac koncertowy... Kilkugodzinne stanie w kolejce poruszającej się 2cm na 15 minut, odbieranie opasek przy bramkach wejściowych czy sprawdzanie czy nie masz paska z ćwiekami to przesada. Dodatkowo ochroniarze, których chyba z ulicy zebrali, próbowali udowodnić swoją wyższość. Na szczęście takich kretynów dużo nie ma na świecie. Także organizacyjnie festiwal leżał, co prawda do czasu, ale o tym pozniej...

    Sklepy i zaopatrzenie... Brak. Pomijając jeden mały sklepik w Nowym Siole, w którym od początku brakowało alkoholu i jedzenia i oddalone o kilometr centrum to praktycznie ciężko było się zaopatrzyć w cokolwiek (no dobra, jedzenie na placu koncertowym, strasznie drogie. No i pierogi w szkole ;] ).

    Pogoda się udała, słońce świeciło (czasami nawet za bardzo), noce chłodne, acz nie było aż tego tak czuć. Pole namiotowe pod szkołą bardzo pozytywnie nastawione do życia. Może nie aż tak jak w Węgorzewie słynny już "Slayer" (pozdrowienia dla ludzi, którzy mi jako jedyni odkrzykiwali "napierdalać" (: ), ale dało się również usłyszeć tego hasełka typu "-Zaraz będzie ciemno", "-Zamknij się". Nie wiem o co chodziło z Andrzejami, ale jakoś sporo ich się namnożyło i było śmieszne.

    Czas na muzykę...

    DZIEŃ I
    Nędza. Reagge dzień całkowicie nie wypalił. Kilku debili latających bez sensu po scenie, krzyczących "niewiadomoco" i Panienka myśląca, że jest zajebista i że śpiewać potrafi - nie! Cały dzień ratował Ras Luta, który jedyny w tym dniu gadał z sensem. Nie wiem jak inni odczuli ten dzień, ale jak dla mnie nędznie było.

    DZIEŃ II
    Zdecydowanie lepiej, niezłe koncerty, świetna zabawa! Początkowych zespołów niestety nie "odsłuchałem", ale przy takiej temperaturze nie byłoby to miłe. Czas spędziłem leżąc pod szkołą w cieniu. Przyszedłem na Armię. Widziałem ich na EkoUnion i teraz (na żywo) i szczerze mówiąc nie mogę sie jakoś przekonać do ich muzyki. Trochę taka napierdalanka z wyjącym facetem na wokalu, no ale ludziom się podobało. Zresztą nie wsłuchiwałem się w teksty a to podobno one są w Armii najważniejsze. Następnie Coma... Jak ich nie słucham na codzień i średnio lubię, to koncert naprawdę mi się podobał. Zagrali większość nowych utworów, zaczynając "Wolą istnienia" o ile dobrze pamiętam. Ogólnie głośno i z kopem, a nie spodziewałem się. Chwila przerwy na montowanie kolejnego zespołu i... KSU. Kolejny raz w tym roku na ich koncercie i kolejny raz ten sam scenariusz. Zagrali dokładnie te same piosenki co na każdym koncercie (może zmieniając jedną czy dwie i dodając kilka jako, że mieli więcej czasu niż zwykle), ale mi się podobało, bo ich lubie. Po prostu. Dziwnie wyglądał tylko kurz unoszący się z prawej strony sceny w czasie pogo. Musiał być tam niezły kocioł :) Na ten dzień koncertów koniec. Może nie było ich za dużo, ale za to najlepsze. Aaa... jeszcze Haratacze. W czasie gdy czekaliśmy na KSU czas zapełniał właśnie ten zespół. Hmm... typowa napierdalanka, teksty z dupy, chwytliwa melodia - czyli coś co ludzie lubią! Dodatkowa choreografia w postaci półnagich pań tańczących w klatkach po obu stronach sceny była wyszukana, acz brakowało mi jednego - lwów zjadających te "dziewice". Wtedy to już można by umierać :)

    DZIEŃ III
    Chwila w wodzie, 5h pod drzewem z browarem w ręku i kolo godziny 17:00, moze pozniej poszedłem ze znajomymi na koncerty. Jak dnia poprzedniego, wczesniejszych zespołów nie dało się słuchać w takim upale. To znaczy słuchać się dało, ale stać nie bardzo. Troche podsłuchiwałem leżąc pod drzewem koło szkoły. Powiedzmy ze niektóre kawałki były ok, a niektóre to wolałem zalać piwem. Na plac doszedłem dopiero na koncert Strachów. Zagrali bardzo ładnie, czysto, bez zbędnych "dżamalowskich" okrzyków i darcia mordy w stylu Roguckiego. Lubie ten wokal - charakterystyczny i z daleka rozpoznawalny. Miły koncert :) Następnie chwila przerwy i najlepszy IMO koncert całego festiwalu - Voo Voo & Haydamaky! Genialna gitara Waglewskiego razem z niesamowitym saksofonem Pospieszalskiego i kozackim rockiem Haydamaków to bomba... Trzeci w tym roku mój koncert Haydamaków i drugi ich razem z Voo Voo. Za kazdym razem szczęka opadała mi do ziemi i za kazdym razem byłem oczarowany tą muzyką. Dodatkowo zagrany na koniec kawałek "Ace of Spades" Motorhead'u rozwalił kozackim wykończeniem. Potem grało "cośtam", nie byłem, a potem wróciłem na Big Cyc. Zaskoczenie! Niby grają kawałki, które nie mają zbyt ambitnych tekstów, ale muzycznie i wizualnie byli naprawdę nieźli. I ten powrót, który był z zamierzenia wyprawą to toi toia okazał się dobrym posunięciem.

    Co do organizacji jeszcze... Ochroniarze od drugiego dnia byli coraz milsi, a ruch pole-koncerty szedł sprawnie :)

    Powrót do Sanoka był nieco za wczesnie, bo o 5 rano (nie wiem dlaczego Miły tak wymyślił). Zwinęliśmy namioty, weszliśmy w jakieś sto osób do 18-osobowego busa. Po około 3h jazdy byliśmy w domu.

    Podsumowując... Na EkoUnion na drugi rok jade, a tu... zastanowie się. Było nieźle, ale bez szału. Organizacja padła całkowicie, ale muzycznie było dobrze (a przy Haydamakach nawet zajebiście!), a klimat na polu... Znowu rozjebałem palca na gitarze, zostałem przypalony fajką, pośpiewałem (a raczej podarłem morde), nie mogłem za duzo spać przy wrzaskach sąsiadów... Czyli tak jak powinno być! :D

    I jeszcze jedno...
    Zaraz będzie ciemno!

    Pozdro Anżeje!
  • Powrót do przeszłości

    17 août 2009, 9h31m

    Krótkie podsumowanie nawału gwiazd klasycznego rocka w Sanoku, czyli Kermasz Karpackich Smaków.

    Pierwszego dnia pojechaliśmy do Mrzygłodu zobaczyć Pink Floyd Tribute Band. Moje oczekiwania co do zespołu przerosły chyba Węgrów. Chociaż samo stojenie było śmieszne i przypominało zjazd kosmitów i jak uznaliśmy "starego i starej Gilmoura" to samo ich granie wypadło raczej średnio. Muzycznie byli dobrzy, to trzeba przyznać, ale wokal faceta ze śmiesznym akcentem i dwie panny w chórku to tragedia. No ale... nie spodziewałem się przecież oryginalnego składu Floydów i idalnego muzycznie koncertu. Było ok - tak można podsumować.

    Drugi dzień to sanocki Skansen. Tu było o wiele lepiej. Słuchaliśmy zespołu The Postman, który grał głównie kawałki The Beatles (głównie, bo usłyszeć można było utwory Skaldów, Czerwonych Gitar czy nawet Rolling Stones). Panowie wyglądali jak Beatlesi i grali jak Beatlesi. Mile mnie zaskoczyli i zrekompensowali mi poprzedni dzień. Potem po dwugodzinnym prawie spóźnieniu zagrał zespół Abba show. Również nieźle! Ładne panie z ładnymi nogami śpiewały "abbowe" kawałki, które brzmiały prawie jak oryginał. Świetny występ i ładne nogi. Drugi dzień zdecydowanie lepszy, zarówno muzycznie jak i pod względem miejsca.

    No i panie ładne nogi miały :]
  • EkoUnion 2009 - Węgorzewo

    13 jui. 2009, 11h29m

    Eko Union of Rock Festival 2009 – Węgorzewo

    Zabawa zaczęła się 7 lipca, kiedy w godzinach wieczornych wsiadałem do nocnego autobusu relacji Sanok – Warszawa. Prawie osiem godzin jazdy, oczekiwanie na autobus do Węgorzewa na stadionie X-lecia (Chińców w hooj) i kolejne 6 godzin podróży. Wreszcie w godzinach popołudniowych następnego dnia razem z 5 znajomymi dotarliśmy do Węgorzewa i po odebraniu opasek, płyt i innych śmieci udaliśmy się na pole namiotowe. Szybko rozbiliśmy trzy namioty i udaliśmy się na obchód. Oczywiście stacja pierwsza – Biedronka…

    DZIEŃ ZEROWY
    Kupiliśmy wino (eh słodka Amarena), piwo, cos do jedzenia i powróciliśmy na pole namiotowe. Nie obeszłoby się bez zapoznania z sąsiadami i wymianie poglądów na temat „Białego Patyka”. Zaczęliśmy pić nad zimną wtedy jeszcze Węgorapą i poznawać nowych sąsiadów…

    DZIEŃ PIERWSZY
    Głowy prawie nie ma, twardo… ale ciepło! Przejdźmy do koncertów, bo reszty jakby nie było… Zaczęło się na małej scenie. Jedyne co dało się jako tako posłuchać to Transsexdisco (jak się okazało później – zwycięzca) i Egipt (słynne już „Zamknij mordę, lisz mje torbe”). Ogólnie poziom wyrównany, kilka „gwiazdek” (czyt. De Marians, czy jakoś im tak było) i kilku pedałów. Nie zabrakło też zespołów, które zaprezentowały dosyć wysoki poziom, ale nazw nie pamiętam. Duża scena prezentowała się o wiele lepiej. O godzinie 17:00 festiwal oficjalnie otworzył zespół Totentanz. Nie wspominam ich zbyt dobrze po wspólnym koncercie w sanockim klubie, ale tutaj wypadli nieźle i wydawali się milsi niż wtedy. Niektórym podobało się do tego stopnia, że popadali w „lekki trans” (kolega w płaszczu po lewej stronie barierek – dobrześ się chłopie namachał). Następnie zespół Saluminesia otworzył konkurs międzynarodowy. Wypadli średnio moim zdaniem. Można ich słuchać od czasu do czasu w domu, ale nie na koncertach. Zmuła lekka, a poza tym nic szczególnego w muzyce. Zespół Sputnik również nie wypadł za dobrze. Nawet nie ma co wspominać… Tyle, że zagrali. Następnie wielka niespodzianka Dis-Ney. Dobry kontakt z publiką, świetne rosyjskie ska, sekcja dęta (za to już mają u mnie plusa) i ciekawe utwory. Polecam posłuchać! Przeglądy pierwszego dnia zakończyła grupa Karna, która grała co najmniej dobrze. Mocno, przejrzyście, podobało mi się, bez gwiazdorstwa. Kolejną gwiazdą wieczoru była Renata Przemyk. Renata… No śpiewała nieźle, nie powiem. Jak normalnie jej nie słucham, tak na koncercie mi się podobało. Niestety jedna z jej „niespodzianek” – Maria Peszek nie dojechała (choroba czy coś), a wychwalana Anja mi się po prostu nie podobała. Następnie zagrał zespół Renton, który ogólnie był dobry, ale wszystkie kawałki na jedno kopyto tworzone i raczej dla mas. Z własnej woli nie wybrałbym się na ich koncert w innym miejscu. Co innego Lao Che – jak zawsze genialne. Kolejny raz przekonałem się o ich geniuszu. Zagrali co prawda prawie sam „Gospel” i po jednej piosence z pozostałych albumów, ale atmosfera była niesamowita, a pogo pod barierkami miażdżące. Był to jeden z najlepszych koncertów festiwalu. Pierwszy dzień kończył dla mnie zespół Oceansize, ponieważ Hetane już opuściłem. Oceansize na początku mnie zniechęcił pierwszymi dwoma, czy trzema utworami. Potem było coraz lepiej, ale ogólne wrażenie tylko „dobre”. Niezły zespół, ale jakoś mnie nie porwał.
    Powrót do namiotów, sen…

    DZIEŃ DRUGI
    Wstajemy, głowa jest. Chwila odpoczynku po nocy, przechadzka po mieście, jedzenie i na koncerty… Małej sceny tego dnia nie oglądaliśmy, nie wiem czy było warto. Co do sceny dużej – konkurs jako pierwszy zaczął zespół z najdłuższą chyba nazwą w Polsce, czyli Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. Powiedzmy, że zagrali ładnie, zgrabnie, trochę smętnie. Wokalista zrobił z siebie gwiazdkę, za co minus. Na płytach zmulają, na koncercie lepiej, ale jakoś tak średnio mi podeszli. Następnie zagrali Vian, Metropolis i Tuvalu. Wrzucam do jednej beczki bo nie zachwycili. Po prostu, zagrali, jak dla mnie. Tyle. Koncerty gwiazd tego dnia zaczęła grupa Armia. Widziałem wielu fanów w koszulkach Armii, słyszałem ze zajebista grupa, ale coż… Mnie nie zachwycili. Zwykła łupanka. Nie wsłuchiwałem się w teksty, a podobno to one tworzą tą grupę, wiec mam trochę inne zdanie na ich temat. Następnie chyba najlepszy koncert na Eko 2009 – Voo Voo i Haydamaky. Rozpieprzyli całe Węgorzewo jak gnój po polu! Pierwszy raz widziałem Waglewskiego jak tak gra na gitarze, nie mówiąc o akordeoniście i saksofoniście. Genialne połączenie ukraińskiego folku, wagla i rozpierduchy! Moc biła ze sceny i nie dało się stać w miejscu. Naprawdę genialnie zagrali i już cieszę się na myśl, że niedługo grają w Ustrzykach… Następnie na scenę weszli Acid Drinkers. Koncert podzielili na dwie części. Pierwszą z coverami Led Zeppelin i drugą – swoją. Bardzo dobry koncert „ledowy”, dwójka gości (zwątpiłem jak Titus zaprosił gościa i wyszła Ewelina Flinta, ale nie było źle) dała sobie bardzo dobrze radę, szczególnie Cugowski. Druga część koncertu średnia raczej, acz dało się posłuchać. Koło północy przyszedł czas na gwiazdę z USA – Biohazard. Spodziewałem się ostrej napierdalanki bez większego sensu i po części tak było. Jednak mieli znakomity kontakt z publicznością i cały koncert wyszedł im bardzo fajnie. Podobali mi się muzycznie i scenicznie. Cytując Titusa: „Oł raaaaajt!”. L.Stadt – nie wiem, słyszałem z pola namiotowego. Dzień pozytywny, z dużą dawką dobrej muzyki.

    DZIEN TRZECI
    Trzeci dzień koncertów rozpoczęło nasze bieszczadzkie KSU. Zagrali jak zwykle dobrze, jak zwykle to samo, ale w nieco zmienionych wersjach. Siczka walnął się raz z tekstem, było smiesznie i muzycznie nieźle. Następnie koncertowy pojedynek. Grupa Abszar – niby nieźle, ale wokal drażniący, mogli by się bardziej postarać. A przynajmniej zmienić wokalistę. Zwycięska angielska grupa Blakfish zagrała bardzo dobry koncert. Kontakt z publiką był dobry do tego stopnia, że obaj gitarzyści wyszli na plac koncertowy aby zachęcić więcej osób do zabawy. Troche zajeżdżali RATM’em, ale to dobrze, było to coś innego niż do tej pory. Wygrali zasłużenie. Po nich ostatni koncert konkursowy serbskiej grupy Popecitelji i… pozytywne zaskoczenie! Bez wokalu, ale za to jak… Basista wylewał z siebie wiadra potu próbując zachwycić grą i udawało mu się to znakomicie. Bardzo dobry koncert w stylu folk, etno coś tam. Podobali mi się! Na tym zakończył się konkurs międzynarodowy. Następnie zagrał zespół De Press. Nic specjalnego – góralskie śpiewy w rockowej aranżacji z „odkurzaczem” sypiącym tonami iskier. Zagrali, ok. Graja w Sanoku w przyszłą niedzielę, może, może się wybiore. Potem był Paradise Lost. Koncert jak koncert, dobry muzycznie, niezbyt zachwycający, ale powyżej średniej. Powtórka mile widziana. Po Brytyjczykach na scenę wszedł Myslovitz. Zespół, który zachwyca miliony dziewczyn i jest wzorem dla wielu facetów dla mnie okazał się dnem. Pewnie wiele osób mnie za to zjedzie, ale taka prawda. Nic szczególnego w muzyce, w tekstach. Może jeden kawałek mógłbym uznać za strawiony, a reszta po prostu kiepska. Jestem na „nie” dla Rojka. Za to humor poprawił mi Oddział Zamknięty, który wraz z gośćmi dał wspaniały koncert. Prońko, Piekarczyk i Nowak dali radę jako goście, razem zrobili niezłe show, w którym przyjemnie było uczestniczyć. Dało się poczuć optymizm i radość z grania muzyki. Gitarzysta po prawej (patrząc od publiczności) strasznie przypominał mi Slash’a. Trochę zachowaniem, trochę wyglądem Les Paula i bardzo sposobem grania. Okazał się pod koniec pieprzoną gwiazdką, której „sława” uderzyła do głowy. No ale ogólnie rzecz biorąc przyjemnie stało się i słuchało muzyki gdy słońce zaczęło wstawać i powoli jaśniało. Ostatni koncert festiwalu był jednym z najlepszych.

    KONIEC
    Podsumowując całe EkoUnion jestem bardzo zadowolony. Warto było jechać te prawie 700km alby posłuchać dobrej muzyki, poczuć klimat pola namiotowego (szczególnie jak sąsiad wjeżdża w nocy „do ogródka” wózkiem z biedronki śpiąc jednocześnie w środku, czy widok palącej się soczystym spirytusem Dody, parówki w arbuzie, albo dziecka trzymającego namiot ) i popodziwiać mazury (no i te chodzące po polu drzewa i hiszpańska inkwizycja). Nawet okrzyki „Slayer! Napierdalać” nie były tak denerwujące w nocy jakby się mogło wydawać. Dużo przeżyliśmy (np. dzień zerowy ^^ ) i sporo zobaczyliśmy. Myślę, że za rok trzeba powtórzyć!